123

Uwaga! Ta wi­try­na wy­ko­rzy­stu­je pli­ki cook­ies w ce­lu umoż­li­wie­nia dzia­ła­nia nie­któ­rych fun­kcji ser­wi­su (np. zmia­ny ko­lo­ru tła, wy­glą­du in­ter­fej­su, itp.) oraz w ce­lu zli­cza­nia li­czby od­wie­dzin. Wię­cej in­for­ma­cji znaj­dziesz w Po­li­ty­ce pry­wat­no­ści. Ak­tual­nie Two­ja przeg­lą­dar­ka ma wy­łą­czo­ną ob­słu­gę pli­ków co­o­kies dla tej wi­try­ny. Ten ko­mu­ni­kat bę­dzie wy­świet­la­ny, do­pó­ki nie za­ak­cep­tu­jesz pli­ków cook­ies dla tej wi­try­ny w swo­jej przeg­lą­dar­ce. Kliknięcie ikony * (w pra­wym gór­nym na­ro­żni­ku stro­ny) ozna­cza, że ak­ce­ptu­jesz pli­ki cookies na tej stro­nie. Ro­zu­miem, ak­cep­tu­ję pli­ki cook­ies!
*
:
/
G
o
[
]
Z
U

Czwartek – 30.06.11

Ruszamy do miasta. Ze schroniska mamy na piechotę około 20 minut do centrum Nairobi. Plan na dzisiaj przewiduje załatwienie trzech spraw:
1. Zakup sprzętu komputerowego dla kisaskich szkół.
2. Zorganizowanie safari (w tym Masai Mara).
3. Zorganizowanie transportu z Nairobi do Kisasi (ze względu na ilość bagaży zdecydowaliśmy, że matatu „liniowym” nie uda się nam dostać do Kisasi).

Jest czwartek rano, chcielibyśmy załatwić wymienione wyżej sprawy do piątku wieczora, a w sobotę rano wyruszyć do Kisasi.

Najpierw musimy jednak zdobyć kenijską walutę. W ubiegłym roku za jednego dolara dostawaliśmy około 80 szylingów kenijskich (KSH). W tym roku szyling ma nieco mniejsza siłę nabywczą. Za jednego dolara można dostać 90 szylingów. Bez problemu pobieramy gotówkę z bankomatu i w pobliskim sklepie z komórkami nabywamy karty SIM (numery telefoniczne) – za 50 KSH i „zdrapki” – za 100 KSH.

W centrum jesteśmy nagabywani przez przedstawicieli firm turystycznych, którzy proponują nam swoje usługi. Co prawda mamy już wstępnie (e-mailowo) sprawę ustaloną w biurze Victora (tym samym, co w zeszłym roku), ale postanawiamy sprawdzić inne oferty i wybrać najlepszą. Idziemy wszyscy do jednego z biur, gdzie przedstawiamy nasz plan podróży. Negocjacje przebiegają w iście „mrocznych” warunkach:

 

Negocjacje wyjazdu do Masai Mara. Nairobi. Kenia.

Jak się później okazało, takie warunki wynikały z awarii elektryczności (a my myśleliśmy przez chwilę, że chodzi o taki specyficzny „nastrój”). Szef firmy wszystko notuje i umawiamy się, że przygotuje dla nas ofertę. Pytamy również o możliwość transportu do Kisasi.

Z „mrocznego” biura idziemy na spotkanie z Victorem. Spotykamy się w tym samym barze, w którym byliśmy w zeszłym roku. Oprócz Victora jest Cirus. Akurat mam przygotowane dla nich zdjęcie zrobione w ubiegłym roku:

 

Victor i Cirus.

Okazuje się, że obaj panowie odłączyli się od firmy, w której poprzednio pracowali i założyli swój biznes. Bardzo zależy im na tym, żeby zorganizować nam safari, rozmowa przebiega w przyjaznej i rzeczowej atmosferze, ale ceny zaproponowane przez Victora nie są zbyt interesujące. Za to warunki na transport do Kisasi są tu lepsze niż w poprzedniej firmie.

Nie podejmujemy na razie żadnych konkretnych decyzji – postanawiamy, że poczekamy na ofertę z pierwszego biura i będziemy negocjować dalej.

Czasu nie jest za wiele, więc rozdzielamy się. Ja z Markiem idziemy załatwiać komputery, a pozostali zostali na posiłku w barze, w którym odbywały się negocjacje.

W sprawie komputerów poszliśmy do Feliksa. Feliks pracuje w sklepie komputerowym i jest komputerową „złota rączką”. Przedstawiamy Feliksowi nasze potrzeby (trzy zestawy komputerowe składające się z laptopa, modemu satelitarnego i drukarki). Prosimy o przygotowanie oferty na następny dzień.

Od Feliksa wracamy do baru, skąd udaliśmy się do parku Uhuru.

 

Lilie w parku Uhuru. Nairobi. Kenia.

W parku odpoczywamy. Ci z nas, którzy są tu pierwszy raz chłoną nowe widoki, podziwiają panoramę miasta, przyrodę. Ja jestem trochę zmęczony bieganiem i załatwianiem spraw, więc odpoczywam pod drzewem, na którym co chwilę przysiadają wróblopodobne ptaszki:

 

„Wróblowaty” w parku Uhuru. Nairobi. Kenia.

Po dłuższej chwili dołączają do nas Dorin i Ruth. Są to dwie Kenijki, które pojadą z nami na safari:

 

Dorin.

 

Ruth.

Po kurtuazyjnej wymianie zdań, idziemy na wspólny spacer parkiem, po czym wracamy piechotą do schroniska.

W schronisku próbujemy dowiedzieć się co z Jacka plecakiem. Podobno gdzieś jest (tzn. przyleciał ze Stambułu), ale do schroniska jeszcze go nie dowieźli. Mamy nadzieję, że obsługa lotniska dotrzyma słowa i plecak do soboty zostanie dowieziony.

Pora spać. Dobranoc :-).

Komentarze: pokaż komentarze (1)

Serwisy 3n

Logo Kombi
Logo Wirtualnej Galerii
Logo Internetowego Banku Fotografii
Logo Interpretera PostScriptu
Logo Projektora K3D